Prolog
''Cholera. Znowu to samo'' - przeklęłam się w duchu za to, że znowu byłam tak naiwna. "Jak mogłam do tego dopuścić?! Po raz kolejny dałam nabrać się na te jego sztuczki, intrygi i kłamstwa. Nadal nie potrafiłam pojąć, dlaczego on to robił, robi i będzie robił. Dlaczego się mną bawi, a potem porzuca, wiedząc, że będę czuć się jak ostatnia szmata. Jak nic nie znaczące ścierwo. I proszę bardzo - znowu dopiął swego. Żałuję teraz, że pozwoliłam mu rozgryźć mnie, moje uczucia i problemy. Teraz zna mnie na wylot. Przez niego jestem przeźroczystą kartką, którą każdy może pognieść, nabazgrać na niej i w ostateczności wyrzucić do śmietnika. Teraz stałam na klifie, wbijając puste spojrzenie moich szmaragdowych oczu w morze. Ludzie widzieli w nim poezję, wzruszenie i uwielbienie. Ja widziałam nicość. Zastanawiałam się co by było, gdybym skoczyła. Czy ktoś tęskniłby za mną, czy może nikt nie zauważyłby mojego odejścia? Jakie to uczucie spadania w dół, dół i w dół... Poczuć się przez tą chwilę wolnym, nie myśleć o niczym, tylko o tym, że lecę. Być w teraźniejszości, nie myśleć o przyszłości czy przeszłości. Po prostu być tu i teraz.
Jezu, o czym ja myślę?
Nie jestem żadnym samobójcą, masochistą ani nikim podobnym! Przecież nie mam aż tak zjebanego życia, żeby skoczyć z klifu. Przecież samobójstwo to nic innego jak pokazanie swojej bezsilności, a ja potrafię walczyć, jestem silna. Wygarnę mu co myślę o jego kłamstwach, szyderstwach, o NIM! Nie dam mu mną manipulować, co to, to nie.
Już chciałam odwrócić się i skierować w stronę domu mojego byłego chłopaka, gdy nagle coś się stało. W jednej chwili nie poczułam gruntu pod stopami, adrenalina podskoczyła mi w ułamku sekundy. Przeraźliwy krzyk rozdzierał całe moje gardo. Momentalnie złapałam się skały, nawet o tym nie myśląc. Zwisałam teraz ze stromego urwiska, drąc się wniebogłosy jak histeryczka. Posypały się za mną kawałki skał. Z przerażeniem spojrzałam na dół. Woda groźnie rozbijała się o ostre jak brzytwa skały, wywołując we mnie atak panicznej histerii. Zaczęłam drzeć się jak opętana. NIECH KTOŚ DO CHOLERY JASNEJ MI POMOŻE!!!
Wszystko we mnie krzyczało.
Poczułam, że palce mi drętwieją. Już dłużej nie wytrzymam.
Czyli zginę w wieku 16 lat, a moje ciało rozedrze się na milion kawałków ze stycznością ze skałami i zbyt gwałtownym uderzeniem o taflę wody.
Po policzku spłynęła mi słona łza, spływając po moich czerwonych z potu i zmęczenia krzykiem policzkach. Puściłam jedną rękę, zwisając teraz tylko na drugiej. Straciłam wszelkie nadzieje na to, że ktoś mi pomoże. Nadzieja matką głupich, czyż nie? Przymknęłam powieki i... puściłam się.
I wtedy zjawił się on.
Pojawił się znikąd, chwycił mnie za ramiona i podciągnął z niewiarygodną wręcz siłą. Serce biło mi jak szalone, nie czułam nic oprócz zwiększonego ciśnienia, zdartego, opuchniętego gardła i łez, które płynęły mi jak szalone, płynąc gorzkimi strumieniami po policzkach. A on stał i nic nie mówiąc, po prostu odszedł bez żadnego przejęcia mą osobą. Jakby w ogóle nic się nie stało. Jakby wcale mnie nie uratował.
